Szachowy Zapiecek

:: Home :: :: Artukuły :: :: Kontakt ::

www.szachykorespondencyjne.mzszach.net

Szachy Korespondencyjne



   


   


   


   


   

Mój ostatni turniej pocztowy

Pewnie nigdy bym nie zdecydował się wystartować w tym turnieju. W zasadzie to nie doczytałem nawet komunikatu do końca. Kto w dzisiejszych czasach gra w szachy wysyłając posunięcia pocztą? Ale wpadł do mnie Zbyszek i zaczął namawiać do zapisania się. Niby to ostatni taki turniej i ostatnia taka szansa i dalej w tonie "Pana Tadeusza". I tak od słowa do słowa znalazłem się na liście turnieju.

Wkrótce listonosz dostarczył mi komunikat startowy. Dziesięciu zawodników. Jak u Agaty Christie.
Dziesięciu małych murzynków. A właściwie dziewięciu.

Na powitanie wysłałem część moich reprintów pocztówek z warszawską starówką. Kilka uprzejmych słów, dwa zdania o sobie i oczywiście pierwsze posunięcia białymi. Zwykle używam długopisu, lecz tym razem pióro samo znalazło się w mojej ręce. Mount Blanc jak u Agaty Christie.

Pierwsza odpowiedź przyszła po tygodniu. Kartka pocztowa chyba z czasów PRL-u z nadrukowanym nijakim znaczkiem. Na odwrocie ktoś nabazgrał "Cześć. 1. . c5 Cześć" podpis był w formie cyfrowej - 7.
Rozczarowanie. Ale może to będzie wyjątek. Niestety, kolejne odpowiedzi były podobne. Kilku przeciwników zdobyło się na "Z szachowym pozdrowieniem", ale za to uraczyło mnie genialną formą zapisu posunięć - same cyferki. Szyfr, który stosują wyłącznie szachiści korespondencyjni, choć nie wiem, w jakim celu.

Jeden tylko list wzbudził moje pozytywne zainteresowanie. Czysta, schludna koperta. Adres nadrukowany czcionką czytelną, ale jednocześnie nietuzinkową. Wrażenie pogorszył jedynie fakt, że w środku był wydruk komputerowy na perforowanym papierze. Mój przeciwnik, jak wynikało z treści listu, w szachy nauczył się grać stosunkowo niedawno, ale całkowicie go one opanowały i o niczym innym nie potrafi myśleć.

Tak nawiązała się nasza znajomość. Partia właściwie zeszła na drugi plan. Mój przeciwnik okazał się człowiekiem niewiarygodnie erudytowanym. W każdej z dziedzin, jakie poruszaliśmy jego wiedza wydawała się gruntowną i akademicką. Może pewne braki wykazywał, gdy rozmowa schodziła na tematy muzyki, sztuki. Nie każdy jednak musi być ideałem.

O swej rodzinie i życiu prywatnym pisał oględnie. Podobno z najbliższymi łączą go bardzo silne więzi mimo, że rzadko ich widuje.

Ten jeden przeciwnik spowodował, że nie uznałem turnieju za stracony.

A turniej toczył się dość ślimaczo. Może to wina poczty, może grających. Powoli jednak przeciwnicy wykruszali się. To milknąc całkowicie, to poddając partie. Kolejne narysowane przed turniejem figurki małych murzynków mogłem przekreślić. Pani Agata byłaby ze mnie dumna. Jedynie ów dżentelmen szachownicy spędzał mi sen z powiek. Jego wyszukana, nieco sztywna uprzejmość, oficjalny ton wypowiedzi szły w parze ze stylem gry. Niby nic wielkiego na szachownicy się nie działo, ale siódmym zmysłem czułem, że osacza mnie jak mgła. Moje aktywne plany, ruchy grzęzły jak w mazi, rozmywały się.

W pewnym momencie niepowiązane wydawałoby się ruchy przeciwnika stały się częścią jednego, głębokiego zamysłu i moja pozycja formalnie rozleciała się. To była moja jedyna porażka w tym turnieju. Jednak nie sprawiła mi ona przykrości. Gorzej czułem się reklamując u sędziego przekroczenia czasu, nieprawidłowe posunięcia, a czasem brak kultury przeciwnika.

Dwa lata życia. Tyle trwał ten ostatni turniej grany kartkami pocztowymi. Na półce stoi jeszcze zeszyt z zapisami partii, tabelką i rysunkiem dziewięciu małych murzynków. Szkoda, że sam byłem jednym z nich.

A z moim pogromcą już więcej nie udało mi się zagrać. Może gra kartkami nie przypadła mu do gustu, a może zmienił zainteresowania.

Po miesiącu czy dwóch pojawił się Zbyszek. Przytachał jakąś ankietę na temat tego turnieju. I znów przypominałem sobie godziny spędzone nad odszyfrowywaniem kartek, dochodzeniem się z przeciwnikami, którzy próbowali "podkręcać" zegary korespondencyjne i jedno jasne miejsce - partię z "szachowym dżentelmenem".

Jakiż byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się od tego "zdrajcy" Zbyszka, że cały turniej był eksperymentem naukowym, a mój zwycięzca to system komputerowy, którego reakcje mają nie różnić się od ludzkich.

I wszystko stało się jasne. To dlatego tak łatwo pokonał wszystkich graczy.

Jednak egzamin z bycia podobnym do człowieka oblał z kretesem. Choć teraz, z perspektywy czasu, wydaje mi się, że to ludzie go nie zdali.



Cytat

Szachy korespondencyjne stworzono dla tych, którzy mie mogą patrzeć na przeciwnika.

Tomasz Makowski szachy_korespondencyjne@mzszach.net