Przeglądając stare czasopisma w poszukiwaniu ciekawych
materiałów dotyczących literackiej twórczości Xawerego Tartakowera
natrafiłem na jego krótki artykuł z 1949 roku. Myślę, że osoby zainteresowane
tematem z przyjemnością go przeczytają.

Ksawery Tartakower,
”Spotkania z gigantami”
Paryż, 1949
tłum. Tomasz Makowski
O protoplaście rosyjskich geniuszy
szachowych Michale Iwanowiczu Czigorinie
(1850 – 1908) zachowały się u wszystkich jemu współczesnych – bez przesady
można powiedzieć późniejszym mistrzom – najlepsze wspomnienia.
W samej rzeczy, mimo, że pochodził z przeciętnej, urzędniczej rodziny, łączył w
sobie (co widać już z jego szlachetnych rysów twarzy) prawdziwie
rycerski charakter z dynamiką myśli i bogactwem nowych idei.
Wydawałoby się, że cech tych jest dosyć, aby zdobyć szachowe mistrzostwo
świata. Jednak było to jeszcze w tych czasach (lata 90 – te XIX stulecia),
kiedy to losem słowiańszczyzny było tylko obiecywanie a Zachodu –
urzeczywistnianie…

Rodzinno – egzystencjalne kłopoty oraz inne dodatkowe powody, a także uparte
stosowanie ryzykownych debiutów (jak na przykład gambit Evansa)
i w ogóle zbyt afektywny charakter Czigorina
polegającego częściej na intuicji niż na chłodnej logice szachowego myślenia,
uniemożliwiły mu ogranie ówczesnego mistrza świata, Austro
– Amerykanina Wilhelma Steinitza w pamiętnych meczach
w latach 1889 i 1892. Stały się one także przyczyną utraty pewnego, wydawałoby
się, zwycięstwa na światowym turnieju w Hastings w
1995 roku, gdzie nieoczekiwanie dla wszystkich na pierwsze miejsce wysunął się,
nieznany do tej pory, Amerykanin H. N. Pillsbury.
Mimo wszystko turniej ten Czigorin zakończył na
drugim miejscu, pozostawiwszy za sobą i Laskera i Steinitza, i dr. Tarrascha, i wszystkich innych arcymistrzów tamtej epoki.
Miałem okazję spotkać się z Czigorinem pod sam koniec
jego szachowej kariery, kiedy to jeszcze i choroby zaczęły łamać tę pomnikową
postać.
Szczególne wrażenie wywarło na mnie jego zadziwiające uczucie życzliwości w
stosunku do młodych talentów, która to cecha rzadko jest spotykana na dowolnej
artystycznej arenie. Świadczy ona o fakcie, że rozwój twórczości szachowej był
dla Czigorina ważniejszy niż osobiste interesy
związane z prestiżem i sukcesami!
Zadziwiało także uroczyste podejście Czigorina do gry
szachowej: znikała nerwowość ruchów i wszystko oddychało spokojem tak, że
wydawało się, iż on nie „gra” a „odprawia nabożeństwo”! W czasie turnieju był
zawsze, bez wyjątku, odświętnie ubrany w czarny garnitur, białą,
wykrochmaloną koszulę z czarnym krawatem.
”Mój testament dla rosyjskich szachów - powiedział do mnie łagodnie
uśmiechając się Czigorin podczas turnieju w
Karlsbadzie w 1907 roku, swego ostatniego przed śmiercią – jest bardzo prosty:
KONTYNUUJCIE!”.
”Ale przecież Pana styl gry jest bardzo indywidualny!” – zaoponowałem,
ale Michaił Iwanowicz odpowiedział z pewną irytacją w
głosie: „Każdy może mieć swój własny styl, ale rzecz polega nie na stylu gry, a
w ogólnym podejściu do rozszyfrowania szachowej PRAWDY!”
I rzeczywiście, głębia i bezbłędność strategicznych idei, przedstawionych przez
Czigorina, o różnych debiutach (na przykład zamknięty
system w partii hiszpańskiej, obrona słowiańska, staroindyjska obrona itd.) uznane
są przez wszystkich współczesnych mistrzów!
Jeśli w obu wyżej wspomnianych meczach ze Steinitzem
nie udało się Czigorinowi pokonać przeciwnika
szturmem, to już w 1894 roku powiodło się to młodemu niemieckiemu matematykowi
Emanuelowi Laskerowi dzięki uporczywemu i cierpliwemu
oblężeniu nieprzyjacielskich pozycji.

Jak Laser wyjaśniał mi później, bardzo
dokładnie przygotował się do tego meczu. Zapoznał się
on z partiami Steinitza i poddał je drobiazgowej,
matematycznej, można powiedzieć, analizie, zwłaszcza wszystkie debiutowe i
strategiczne niedostatki
w grze jego przyszłego przeciwnika. „WIEDZIAŁEM
dlatego wcześniej, a nie tylko przewidywałem, że powinienem pokonać zbyt
konserwatywnego w swych szachowych koncepcjach i do tego o 30 lat starszego
przeciwnika.”
Te słowa usłyszałem
od Laskera w czasie turnieju w Petersburgu (na początku
1914 roku). Dalej opowiadał o swych wcześniejszych i późniejszych
przeciwnikach:
”Ogólnie rzecz biorąc mogę powiedzieć, że mistrzów poprzedzającego mnie
pokolenia – jak Steinitza, Blackburna,
Czigorina, Gunsberga i
innych – ogrywam po prostu TECHNICZNIE. Mistrzów zaś mojego pokolenia – jak dr Tarrascha, Maroczego, Schlechtera, Janowskiego,
Marshalla, a także genialnego, zbyt wcześnie zmarłego Pillsbury`ego
– udawało mi się pokonać PSYCHOLOGICZNIE. Zmieniając dla każdego z nich swój
styl osiągałem nieoczekiwane i sprzeczne z temperamentem każdego z tych
przeciwników efekty. A do najmłodszego pokolenia, które wyrasta na moich oczach
i stara się wypracować jakieś nowe sposoby walki, muszę podejść ze szczególną
ostrożnością, aby uniknąć rozczarowań…
W „styl” tych młodych – Rubinsteina z jego geometrycznym myśleniem, Aljechina z jego kipiącą, póki co samopożerającą fantazją i Capablanki,
z jego artystyczną dokładnością – muszę się dopiero WCZUĆ.”
To były prawie prorocze słowa, gdyż w hawańskim meczu 1921 roku Laskerowi jednak nie udało się dostatecznie „wczuć się” w
grę przeciwnika i Capablanca zdobył tytuł mistrza
świata!

”Wspaniały Kubańczyk” (jak nazwała go szachowa prasa) z wyglądu podobny do
tenora, w grze zamieniał prawdziwy blask kombinacji na elegancką perfekcję
liczenia wariantów, aż jego pechowy przeciwnik Marshall, utraciwszy na korzyść
Casablanki panamerykańskie mistrzostwo w meczu w 1909 roku, nazwał go lekceważąco
‘woodshifter”, co można w przybliżeniu przetłumaczyć
na ‘przesuwacza figurek’.
’Być dżentelmenem!” – to hasło, które zawsze było
celem Casablanki. Tak więc nawet straciwszy tytuł mistrza świata w Buenos Aires
w 1927 na
korzyść Aljechina uznał on za konieczne przesłać mu
wiadomość: „Poddaję naszą ostatnią partię i szczerze pozdrawiam nowego mistrza
świata z okazji sukcesu” proszę także przekazać pozdrowienia Waszej czarującej
małżonce” (Nadieżdzie Fabryckiej,
wdowie po generale Wasiliewie, która w trakcie całego
meczu troskliwie dbała o Aljechina – X.T.)
Aleksander Aljechin (1892-1946) osiągnął najwyższe
szachowe szczyty nie tylko dzięki swemu szachowemu geniuszowi, ale i dlatego,
że całą swą życiowa energię oddawał na usługi sztuce szachowej.

Na rzecz tej zasady po pierwsze poświęcił inne swe talenty ( których
mógłby mu pozazdrościć każdy lingwista, pisarz, czy prawnik!); a po drugie każdy turniej, a nawet każdą pojedynczą partię
traktował nie jak czysto sportowe spotkanie, ale jak „walkę nie na życie, a na
śmierć”, jak kwestię życia i śmierci pomiędzy nim a przeciwnikiem!
”Nie przeznaczenie nas goni – to my powinniśmy gnać za naszym losem!” – to jego
powiedzenie, dobrze charakteryzujące jego światopogląd i jego życiowe zasady…
W odróżnieniu od niepohamowanego charakteru Aljechina
za główną cechą aktualnego mistrza świata, leningradzkiego inżyniera, Michaiła Botwinnika należy uznać jego samoopanowanie towarzyszące mu
już od najmłodszych lat (urodził się w 1911 roku, a światową sławę zyskał już w
1925 roku, w czasie pierwszego międzynarodowego turnieju w Moskwie, zwyciężając
Capablankę w precyzyjnie przeprowadzonej partii, (choć
w seansie gry jednoczesnej).

Syn lekarza, szczupły, nigdy nie śmiejący się, a tylko czasem skromnie
uśmiechający się, - „towarzysz Misza’ (jak go nazywali jego radzieccy koledzy ), wygląda raczej na profesora, a nie szachowego
bohatera.
Zamiast aljechinowskiego indywidualizmu ma do granic
możliwości rozwinięte poczucie odpowiedzialności wobec rodziny, społeczeństwa i
ojczyzny. I dlatego w czasie turniejów z ogromną stanowczością odcina się on
od wszystkiego, co mogłoby negatywnie wpłynąć na jego skupienie. Staje się
oszczędny w słowach, surowy
i co ciekawe, przestaje czytać gazety, a swojej żonie (byłej baletnicy, towarzyszącej
mu z córeczką Olgą we wszystkich zagranicznych wojażach) zabrania nawet
robienia zakupów w sklepach...
Jak wiadomo, Botwinnik tytuł mistrza świata zdobył,
po nieoczekiwanej śmierci Aljechina, wygrywając
„turniej pretendentów” zorganizowany w 1948 roku w Hadze (1 połowa) i Moskwie
(2 połowa).
Dla psychologów może być interesującym zapoznanie się z oświadczeniami,
jakie złożyli zawodnicy przed rozpoczęciem tego historycznego turnieju i
dotyczącymi oceny ich szans (pod względem temperamentu, charakteru i sposobu
myślenia każdego z nich).
Tak, na przykład, północnoamerykański mistrz (choć
pochodzący z rosyjskiej Polski) Reshevsky, powiedział
mi (byłem na turnieju jako specjalny korespondent kilku gazet): „moje
przygotowania były poważne”, co odzwierciedla może jego biznesowe podejście do
szachów.
Były (od 1935 do 1937 roku) mistrz świata Holender Euwe powiedział: „Turniej zerwie z przeszłością”, co
pokazuje, że pamięć o poprzednich porażkach jest u niego silniejsza, niż ta o
byłych sukcesach…
A akurat odwrotną ocenę wyraził Estończyk Keres: „Żadnych niespodzianek nie będzie”, nawiązując
wyraźnie do swych dwóch zwycięstw w bardzo podobnych, „kandydackich’
turniejach (Zemmeringen, 1937 i Amsterdam, 1938).
Młody Moskwiczanin Smysłow
powiedział, szeroko uśmiechając się: „Przed rozpoczęciem turnieju wszyscy mają
równe szanse”, co w pewnym sensie podkreślało jego pełen nadziei optymizm (który pozwolił mu, ku
zaskoczeniu szachowego świata, zająć drugie miejsce).
Co zaś usłyszałem od samego przyszłego zwycięzcy? „Walka będzie bardzo trudna”
– powiedział on powoli, kładąc szczególny nacisk na słowo TRUDNA i znacząco
patrząc na mnie przez swoje okulary.
I tam, gdzie geniusz Keresa potknął się, techniczne
przygotowanie Reshevskiego pokazało niedoskonałości,
gdzie nacisk Smysłowa nie mógł pokonać pewnych granic,
a brak wewnętrznej równowagi psuł kombinacje Euwego,
zwyciężyła praca. Praca uczonego, artysty i sportowca razem wziętych i
uosobionych w postaci
Botwinnika.
###########################################################################